Wiecie co? Do tej pory tildowe kotki jakoś mnie nie pociągały, jednak diametralnie zmieniłam zdanie kiedy uszyła je moja mama. Nie powiem, weekend był pracowity i w okolicach niedzielnego popołudnia mama miała kotków serdecznie dość, jednak w poniedziałek przyszedł nowy dzień, nowa energia i tak oto powstały dwa słodziaki w różu. Nie wiem jak wy, ale ja się zakochałam :D
pierwsza kociczka najcudowniejsza, ja też sie zakochałam
OdpowiedzUsuńŚliczne są ,ale ja też jakoś do uszycia takowych nie mogę się przekonać :)
OdpowiedzUsuńbardzo fajniutki blog, tyle pięknych rzeczy:)
OdpowiedzUsuńna pewno będę odwiedzać częściej:)